poniedziałek, 27 czerwca 2016

Bigoreksja

Żyjemy w świecie, w którym wszystko ma swoją nazwę.
A jeśli jej nie ma, spokojnie, to tylko kwestia czasu, aby za chwilę zostało to nazwane, opatentowane i aby móc na tym zarobić!

Jednak nie o tym dziś stricte będę pisać. W końcu kij z tym. Skupmy się na nas jako ludziach i na problemie bigoreksji.

Co to jest BIGOREKSJA?

Kolejne uzależnienie od wyglądu, od wizerunku. Osoba cierpiąca na bigoreksję ma wrażenie, że jej ciało ma wciąż za mało masy mięśniowej, a za dużo tłuszczowej. Do tego strasznie się boi, że jak nie będzie intensywnie i dużo trenować oraz stosować odpowiedniej diety, to cała praca pójdzie na marne. To takie błędne koło jak w przypadku każdej choroby siedzącej gdzieś tam głęboko w naszej głowie.

Kocham sport - czym mam problem?

Nie, bez przesady. Sama uwielbiam sport. Dla mnie to forma odstresowania, odreagowania. A fajnym efektem ubocznym są mięśnie, które lubię ;) Ale jak nie mam czasu (wiadomo - dziecko pochłania mnóstwo pracy i czasu) to się nie tnę :P PO prostu potrenuję innego dnia i już. Jednak jeśli brak sportu wpędza Cię w irracjonalne dla Ciebie lęki, możesz zacząć się zastanawiać z czego to wynika.



Jak sobie z tym radzić?

Zachowaj spokój. Problem jest dość złożony. Można próbować pomóc sobie samemu, jeśli jesteśmy dość silni, może być potrzebna pomoc z zewnątrz. Każdy z nas jest inny.
Jeśli chcesz pogadać, zapraszam do maila. Postaram Ci się pomóc uporządkować i uschematyzować to, co siedzi w Twojej głowie. Razem znajdziemy odpowiedzi ;)



sobota, 25 czerwca 2016

Pregoreksja - dlaczego nie?

Jak już pisałam wcześniej - raz wpadniemy w sidła Any, siedzimy albo ona w nas już w zasadzie do końca życia, ale...

...ale jestem stanowczo PRZECIW anoreksji w ciąży! A tym jest właśnie PREGOREKSJA.

Dlaczego mimo, że dalej bałam się przytyć, pozwoliłam swojemu organizmowi i ciału na dobrowolne zwiększenie masy ciała?

Kochane moje,

same sobie róbcie co chcecie! Dla mnie możecie się zagłodzić na śmierć, jeśli takie macie marzenie! Jednak, jeśli decydujesz się na dziecko, pamiętaj: przestajesz być dzieckiem, stajesz się dorosłą osobą, która odpowiada już nie tylko za siebie, ale za drugą osobę (koniec syndromu Piotrusia Pana)!

A ta druga osoba jeszcze nie potrafi walczyć o siebie!  W pewnym stopniu potrafi, co my ciężarne odczuwamy jako złe samopoczucie, mdłości, senność na początku. W końcu dla naszego organizmu nasze dziecko na początku jest ciałem obcym, które zagnieżdża się w nas. Stąd reakcje obronne organizmu. Stąd pierwszy i ostatni trymestr są dla nas czasem dość masakryczne.


Tak czy owak - decyzja o dziecku to wzięcie na siebie tego wszystkiego, takim jakim jest. A wierzcie mi, to i tak jest nic w porównaniu z tym, co Was czeka po urodzeniu. Na to Kochane, jeśli to Wasze pierwsze dziecko w dużej mierze psychicznie możecie być tak samo psychicznie nie przygotowane jak i ja. Niestety, społeczeństwo w żaden sposób nas nie wspiera i ostatecznie zostajemy z tym wszystkim same. Z naszymi myślami. Czasem destrukcyjnymi.

Wracając do meritum - nadmierna dbałość o sylwetkę, redukcja posiłków, kiedy organizmy (Twój i dziecka) się tego domagają (chodzi o realny głód, a nie obżeranie się, bo jestem w ciąży to mogę i muszę nawet jeść za dwoje - bo to są mity!) to najkrótsze drogi do zafundowania swojemu dziecku chorób, niedomagań, problemów zdrowotnych. Mogą też doprowadzić do śmierci maleństwa. Jeśli macie to wszystko w dupie - to nie udawajcie dorosłych, tylko odpuśćcie sobie macierzyństwo.


Ja w czasie ciąży odżywiałam się z zgodnie z tym, co podpowiadał mi organizm. I paradoksalnie wcale nie miałam żadnych zachcianek. Stad też na początku nie wiedziałam, że w ogóle jestem w ciąży. I paradoksalnie samoczynnie bardziej smakowała mi zdrowsza i lżejsza kuchnia.

W kwestii sportu musiałam sobie sporo odpuścić. W połowie były pewne problemy, bałam się ryzykować cudzym zdrowiem i życiem. Czy było mi łatwo? Nie było! Z dnia na dzień widzisz jak robisz się grubsza i grubsza i nic z tym zrobić nie możesz! I kupujesz większe i większe ciuchy! Masz do siebie obrzydzenie! Ale...

...ale mam też myśl, że lubię swobodę to pewnie i moje maleństwo chce mieć tam dużo miejsca. Dbałam o to, by malutkiej było wygodnie i dobrze. Nosiłam luźne ubrania, choć też nie musiałam. Starałam się w miarę możliwości odpoczywać, ale dla kogoś z wiecznym adhd i powerem to coś strasznego. Nie poddałam się. I urodziłam śliczną i zdrową córeczkę w tym roku!


Urodziłam w styczniu. Bilans końcowy wyglądał tak, że mimo iż stosowałam bardzo umiarkowany sport pod koniec ciąży (bóle kręgosłupa i nóg były tak nieznośne, że musiałam coś już robić), jadłam jak podpowiadał mi organizm (ale się nie przejadałam) to byłam na plusie 31 kg więcej! Masakra!

A po wyjściu ze szpitala zeszło ze mnie raptem 7 kg... Nieźle co?

Czy byłam załamana? Oczywiście!

Wszystko Cię boli. Nie odnajdujesz się w nowej roli! Nie możesz się ruszać (cc). Masz prawie 2 miesiące baby bluesa. Zero wsparcia psychicznego na miejscu. Ale...

...ale dalej się nie poddałam! Cholernie bolało, jednak po ok. 1,5 miesiąca od urodzenia młodej zaczęłam treningi. Najpierw delikatne, bez obciążania brzucha, rany. Z pomocą stołu, krzesła, ściany. Wszystko bolało jak cholera! Jesteś nie wyspana, obolała, życie wywrócone do góry nogami. Jednak co wieczór czekałam na to, aż Łukasz wróci wieczorem, weźmie ode mnie małą a sama czy pół godziny czy godzinę walczyłam ze sobą i swoimi słabościami.

W końcu po upływie 2 miesięcy i 18 dni udało mi się nie odczuwać bólu na linii cięcia! Jakaż była moja radość! Mogłam sobie narzucić wyższe tempo!


I młoda nie ma jeszcze pół roku, a ja mam wagę taką jak przed ciążą! Da się! Nic za darmo! Ciężka praca, cierpliwość i systematyczność. To klucze do każdego sukcesu!